Felietony czytelnicze i inne napisania

O autyzmie – krótki przegląd biblioteki i filmoteki

World autism awareness dayDziś Światowy Dzień Autyzmu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu niewiele wiedziano o tej chorobie, dziś – choć badania trwają i przynoszą coraz więcej odpowiedzi – pytań nadal jest wiele. Niestety, oprócz osób związanych blisko z autystami oraz tych, którzy z nimi pracują, mało kto interesuje się tym zjawiskiem. No, może powoli ktoś się zaczyna interesować… Ale w skali świata upierać się będę – mało! Zazwyczaj chorobę tę kojarzymy albo z zupełnym wycofaniem z życia społecznego, z pogłębioną nieśmiałością i nadwrażliwością – albo z tak zwanymi sawantami, czyli osobami upośledzonymi umysłowo, mającymi jednak jakieś szczególne zdolności, na przykład pamięciowe (znacie tę scenę z Rain Mana, kiedy Raymond w mgnieniu oka zlicza wysypane z pudełka zapałki?). Dobrze, że wiemy chociaż tyle, ale przecież to nie wszystko! A naprawdę niewiele trzeba, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

Ludzie cierpiący na autyzm doświadczają trudności głównie na trzech płaszczyznach: interakcji społecznych, komunikacji i wyobraźni. Upośledzenie relacji z innymi ludźmi może się przejawiać w dystansie – lub nawet całkowitej obojętności – wobec nich. Wiąże się to w dużym stopniu z faktem, że nasz świat jest dla nich niezrozumiały; nasze zachowania, niuanse savoir-vivere’u i inne oczywiste dla nas szczegóły życia społecznego są dla nich… cóż, dziwactwami. Kłopoty z komunikacją wiążą się i ze sferą języka, i z porozumiewaniem się pozajęzykowym – interpretowaniem mimiki, tonu głosu, gestów, nawet najprostszej symboliki. Ograniczenia wyobraźni mogą powodować u dzieci autystycznych trudności w udziale w zabawach właściwych dzieciom zdrowym. Przy tym wszystkim trzeba pamiętać, że choć autyści nie są tacy jak my – ta ich „inność” nie podlega ocenie, i nie jest winą ani naszą, ani ich. Wszyscy musimy się wielu rzeczy nauczyć, i wierzcie mi: od autysty możecie nauczyć się być może więcej, niż on od Was.

W ostatnich czasach świadomość społeczeństwa wzrasta, głównie za sprawą mediów. Powstają różne inicjatywy, kampanie, a coraz częściej słyszy się o filmach i książkach na temat autyzmu, i – co ważne – pojawiają się publicznie osoby dotknięte tą przypadłością i znające problem „z bliska”.

 

***

Mój przyjaciel HenryJa pierwszy raz dowiedziałam się czegoś więcej kilka lat temu, czytając książkę Mój przyjaciel Henry Nuali Gardner. Jest to opowieść matki autystycznego chłopca, opowieść ciężka, ale wiele wyjaśniająca. Autorka spisała, opierając się na przykładach dnia codziennego, zmagania jej rodziny z początkowo zupełnie nieznaną, a przez to o wiele trudniejszą, chorobą. Sądzę, że takie książki są o wiele bardziej przydatne przeciętnemu „zjadaczowi chleba”, niż wszystkie te podręczniki i artykuły medyczne – więc wspaniale, że takie opowieści powstają.

 

 

 

 

Antropolog na MarsieKsiążka pani Gardner wywarła na mnie ogromne wrażenie – tym bardziej, że zawierała także wyjaśnienia dorosłego już Dale’a, syna autorki, wokół którego cała historia się toczyła. Jednak potrzebowałam także jakiegoś „tła” merytorycznego, więcej konkretnych informacji – i takich dostarczył mi Olivier Sacks, którego książki Antropolog na Marsie oraz Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem przeczytałam jednym tchem. To lektury innego rodzaju, napisane przez światowej sławy neurologa – ale nie mają formy suchego podręcznika, o nie. Bardzo polecam Sacksa w ogóle, szczególnie jeśli lubicie dzieła popularnonaukowe o tematyce medycznej. Z jednej strony są to książki o niekwestionowanej wartości naukowej, z drugiej – dostarczają wzruszeń i budzą ciekawość, a cały „smaczek” jest w tym, że wszystko, co Sacks opisuje, jest prawdziwe, a nawet wyjaśnione.

 

Czytając Antropologa na Marsie właśnie, miałam okazję poznać dwie wspaniałe postaci.

Pierwszą z nich jest autystyczny sawanta, Stephen Wiltshire, którego autor poznał jeszcze jako małego chłopca, a który obecnie jest dorosłym człowiekiem i genialnym artystą – jego rysunki są… Cóż, najlepiej zobaczcie sami: tutaj  jest odpowiednia strona internetowa, a tu krótki film.

Drugą z tych wyjątkowych osób, zaprezentowanych przez Sacksa, jest Temple Grandin. To niesamowita kobieta, która, starając się znaleźć sobie miejsce w świecie ludzi nierozumiejących autyzmu, w świecie przystosowanym do takich ludzi i zmonopolizowanym przez nich, zrobiła mnóstwo wspaniałych rzeczy. Można przeczytać wiele jej książek o autyzmie (na przykład Myślenie obrazami), ale też o zwierzętach, które świetnie rozumie i którym pomaga na co dzień (choćby Zrozumieć zwierzęta). Do tych książek trzeba się przekonać, ponieważ Temple pisze specyficznie – ale odrobina wysiłku i otwartości wystarczy, by dowiedzieć się z nich mnóstwa ważnych i ciekawych rzeczy – o zwierzętach, o autyzmie i o nas, „normalnych” ludziach, obserwowanych z tej niezwykłej perspektywy:

 

System percepcji normalnych ludzi jest zbudowany tak, iż widzą oni to, co spodziewają się zobaczyć. Jeśli przywykli do widoku goryli na meczach, to zobaczą goryle. A jeśli nie, to ich nie zobaczą.

Temple Grandin, Zrozumieć zwierzęta, tłum. K. Puławski, Poznań 2011, s. 40.

 

***

O powyższych książkach z pewnością napiszę coś więcej, a na dziś jeszcze jedno – krótki przegląd filmów o autyzmie, ważnych i według mnie bardzo interesujących.

 

Rain Man

Rain Man (1988, reż. Barry Levinson) – ten piękny obraz poznałam dopiero niedawno, i urzekł mnie od początku do końca. Jeśli sama problematyka Was nie przekonuje, może zrobi to Dustin Hoffman, który stworzył tam moim zdaniem jedną z najlepszych kreacji filmowych człowieka chorego (swoją drogą, zabrał się do rzeczy bardzo rzetelnie i przede wszystkim poznał „prawdziwych” autystów, o!).

 

 

 

 

 

 

 

Temple Grandin

Temple Grandin (2010, reż. Mick Jackson) – to był trudny film, przede wszystkim dlatego, że opowiadał bez zbędnych „ozdobników” o życiu dziewczyny autystycznej – a mimo to wyszedł pięknie. O jego dużej wartości świadczy fakt, iż zasłużył na pochwałę samej Temple, której zupełnie obce są taktowne krygowanie się i ładne słówka bez pokrycia. Claire Danes poradziła sobie z rolą mistrzowsko, a koniec końców film zdobył mnóstwo nagród, między innymi siedem statuetek Emmy. Oprócz tego obrazu polecam Wam gorąco nagranie z jednego z wystąpień Temple  (TED, The World Needs All Kinds of Minds) – słuchając uważnie tego, co mówi, można stać się naprawdę mądrzejszym człowiekiem. A tutaj oficjalna strona.

 

 

adam plakatAdam (2009, reż. Max Mayer) – film trochę smutny, trochę zabawny, a na pewno ciekawy i wzruszający. Opowieść o trudnej miłości w Zespole Aspergera, trochę romantyczna, trochę liryczna. Może być do płakania w poduszkę, ale też daje do myślenia; myślę, że to jeden z tych filmów „uwrażliwiających”, których twórcom udało się nie wpaść w kiczowatą przesadę tragizmu. I muzyka jest piękna!

 

***

Myślę, że na początek tyle wystarczy… Prawda? Mam nadzieję, że spróbujecie podejść do wymienionych przeze mnie próbek. A Wy, znacie jakieś filmy albo książki, poruszające tę tematykę? Ja jestem ogromnie ciekawa wszelkich informacji, więc jeśli tak – napiszcie koniecznie!

„List, który nigdy nie dotarł do Rosji i inne opowiadania” Nabokova

List, który nigdy nie dotarł do Rosji i inne opowiadania

Powodowana wielką potrzebą poznania jakiegoś klasyka, jakiś czas temu wyszukałam sobie zbiór opowiadań Nabokova*.

Pięćdziesiąt dwa opowiadania Vladimira Nabokova ukazywały się pojedynczo w czasopismach i rozmaitych wcześniejszych tomikach, zanim jeszcze za życia autora wydano je po angielsku w czterech kanonicznych zbiorach. Pierwszy nosił tytuł Nabokow’s Dozen, po nim zaś ukazały się trzy dalsze „tuziny”, z których każdy zawierał trzynaście opowiadań (…).

Nabokov chciał wydać także ostatnią partię opowiadań, lecz jego wymagania wobec własnych tekstów były bardzo  surowe. Niestety, nie zdążył sam dokonać tego ostatniego wyboru. Zostawił jednak szkic – nakreśloną ołówkiem, krótką listę tekstów, które uznał za warte publikacji. Nazwał je „wyskrobkami”, co bynajmniej nie było wyrazem niedocenienia własnych utworów – ta „domowa” nazwa odzwierciedlała jedynie fakt, iż spośród całego branego wówczas pod uwagę dorobku Nabokova tylko te spełniały jego warunki. Tych tekstów było osiem, a żeby dopełnić liczbę „Nabokowskiego tuzina” żona twórcy, Vera Nabokov oraz jego syn, Dmitri, dołączyli do nich kilka opowiadań, które w ich ocenie pisarz mógłby zaaprobować. Zebrane historie zostały uporządkowane w (przypuszczalnej) kolejności chronologicznej, co pozwala czytelnikowi poznawać twórczość Nabokova w takim porządku, w jakim sama się rozwijała. Osobiście uważam to za wielką zaletę.

Pierwszym tekstem, który przeczytałam, było Leśne licho… i bardzo się cieszę, że właśnie to opowiadanie umieszczone zostało na początku tomu. Bo jest w każdym słowie doskonałe. To bardzo krótki tekst, więc mam nadzieję, że nie rozgniewam nikogo, przytaczając tu spory jego fragment – wydaje mi się, że to najlepszy sposób, byście mogli właściwie ocenić i zrozumieć tę twórczość. Spróbuję dodać co nieco od siebie, ale… wiecie, są takie opowieści, których nie da się opowiedzieć inaczej, niż zapisał je autor (szczególnie, gdy mamy do czynienia z takim wirtuozem słowa, którego tekstów nawet tłumaczenie nie psuje**). Zbyt wiele mogłyby przez to stracić, więc nie czuję się na siłach podejmować takiego ryzyka. Po cóż mam Wam wymyślać coś po swojemu, skoro możecie przeczytać, jak to pięknie sam Nabokov napisał?

Pamiętasz nasz las, jego czarne jodły i brzozy całe w bieli? Wycięto go do ostatniego drzewa. Żal był nieznośny. Widziałem swoje ukochane brzózki, padające z trzaskiem na ziemię, ale jak miałem im pomóc? Zagnali mnie na mokradła, szlochałem i wyłem, huczałem jak bąk, a potem ruszyłem z kopyta do sąsiedniego lasu, w sośninę…

– Tęskniłem tam, łkając niepohamowanie. Ledwie zdążyłem przywyknąć do nowego miejsca, gdy nagle sośnina znikła, został tylko niebieskawy popiół. Znowu musiałem ruszyć na tułaczkę. Znalazłem sobie las – cudowny, gęsty, mroczny i chłodny. Ale to już nie było to samo. Dawniej igrałem od świtu do zmierzchu, gwizdałem jak szalony, klaskałem w dłonie, płoszyłem przechodniów (…). Ale robiłem to tylko żartem, dla śmiechu, chociaż nie brak takich, co mnie oczerniają. Raptem jednak otrzeźwiałem, bo w mojej nowej siedzibie nie było wesoło. Wokół dniami i nocami rozlegały się jakieś dziwne trzaski. Z początku sądziłem, że gdzieś czai się któryś z braci elfów. Wołałem, potem nasłuchiwałem. Trzaskało, dudniło… Lecz to nie były dźwięki z rodzaju tych, jakie my wydajemy. Kiedyś pod wieczór wyskoczyłem na polanę i cóż widzę? Ludzie leżą pokotem, jedni na wznak, inni na brzuchach. Ha, pomyślałem, już ja ich obudzę, rozruszam! Wziąłem się do roboty: potrząsałem gałęziami, ciskałem szyszki, szeleściłem, pohukiwałem… Mozoliłem się tak przez bitą godzinę: daremnie. A potem przyjrzałem się uważniej i ogarnęła mnie zgroza. Leżał tam bowiem mężczyzna z głową zwisającą na jednej jedynej karmazynowej nitce, a drugi miał zamiast brzucha kłębowisko grubych robaków… Nie mogłem tego wytrzymać. Zawyłem, dałem susa w powietrze i uciekłem (…). W końcu podjąłem decyzję i przedzierzgnąwszy się w wiejskiego prostaka, włóczęgę z tobołkiem, odszedłem na dobre: adieu, Rosjo!

Czy nie czujecie wszyscy rozpaczy elfa-emigranta? Czy ta fantastyczna opowieść nie wzrusza Was bardziej, niż wiele prawdziwych historii? Jak dużo mówi to krótkie opowiadanie… O wojnie, o niezrozumiałym dla niewinnych istot niszczeniu, o smutnych zmianach i krzywdzie, jaką wyrządzają. Liryczność relacji tego skrzywdzonego bohatera – i w ogóle poetycki styl narracji w opowiadaniu – przełamuje ten ciężar tematu, dzięki czemu, paradoksalnie, jeszcze bardziej dociera do czytającego ogrom nieszczęścia leśnego uchodźcy, który niczym nie zasłużył na tak okrutną stratę i ze słodką naiwnością opowiada o swoich doświadczeniach. Jeszcze bardziej wyrazistym środkiem jest karykaturalne przedstawienie tej postaci: magiczne stworzenie, którego przeznaczeniem winno być życie w niezakłóconej niczym symbiozie z naturą, zostaje zmuszone do egzystowania „w obcej skórze” i w obcej przestrzeni, przez co wygląda jak nieudolna imitacja człowieka, smętny cień okutany komicznie niedopasowanym strojem. A jednak, wierzcie mi, Nabokov i tego nieszczęśnika potrafił „napisać” pięknym.

(…) zgarbiony, szary, przyprószony pyłkiem mroźnej, gwiaździstej nocy. Znałem jego twarz – ach, od jak dawna ją znałem! Prawe oko pozostawało w cieniu, a lewe patrzyło na mnie lękliwie, podłużne, dymnozielone. Źrenica jarzyła się jak plamka rdzy… Mszystoszara kępka na skroni, bladosrebrzysta, ledwie widoczna brew (…).

Tak widział leśne licho Nabokowski narrator. Pomyślcie tylko, jak cudownie wyrazista jest ta postać! A być może wcale nie jest, tylko się wydaje… Ach! Można by rozmyślać tak i zachwycać się nad każdym słowem.

Innym, mniej lirycznym opowiadaniem jest to pod tytułem Tutaj mówi się po rosyjsku – wyjątkowo oczarowana jestem opisami Nabokova – i przestrzeni, i (szczególnie!) postaci, tak są niebanalne, spostrzegawcze, barwne i obrazowe, choć nie rozwlekłe i pozornie prosto skomponowane… No, tylko spójrzcie:

Duszę człowieka można porównać do domu towarowego, a jego oczy do dwóch bliźniaczych witryn. Sądząc po oczach mojego gospodarza, w modzie były akurat ciepłe brązy. Z tychże oczu dawało się też wyczytać, że zmagazynowany w jego duszy towar jest najwyższej jakości. A jaką bujną miał brodę, wprost lśniącą od krzepkiej rosyjskiej siwizny (…). Jego żona była pulchną, łagodną staruszką z pieprzykiem przy lewym nozdrzu. Po ciężkich przejściach czasu rewolucji został jej pewien wzruszający tik: przywykła zerkać z ukosa w niebo. Pietia odziedziczył po ojcu imponującą budowę ciała. Lubiłem jego poczciwą mrukliwość i nieoczekiwane przebłyski dowcipu. Miał szeroką, miękką twarz (jego ojciec mawiał o niej: Co za gęba! W trzy dni by jej człowiek nie okrążył!)”.

Piękne jest także opowiadanie Dźwięki. Stosownie do tytułu, autor bogato operuje eufonią i innymi dźwięcznymi środkami. Urocze są fragmenty takie jak początkowy: „(…) deszcz bił w parapet, spryskując parkiet i fotele. Ogromne srebrzyste widma ze świeżym śliskim poszumem przemykały po ogrodzie, wśród listowia, po pomarańczowym piasku ścieżek. Rynna grzechotała i krztusiła się”. Wspaniałe, prawda? Patrząc na te teksty, czuję się tak, jakbym jednocześnie czytała wzruszającą baśń i przepiękny poemat…

Zadziwiającą opowieścią są Bogowie. Tu także nie mogę się oprzeć, więc przytoczę wstęp – bo jest cudowny!

Powiem ci, co widzę teraz w twoich oczach: deszczową noc, wąską uliczkę, latarnie sunące w dal. Woda spływa rynnami ze stromych dachów. Pod wężową paszczą każdej rynny stoi wiadro z zieloną obręczą. Pod czarnymi ścianami po obu stronach ulicy ciągną się dwa rzędy takich wiader. Patrzę, jak wypełniają się zimną rtęcią. Deszczowa rtęć wzbiera w nich i przelewa się górą. W oddali unoszą się gołe głowy latarń, których promienie tkwią pionowo w deszczowym mroku. Woda przelewa się przez krawędzie kubłów.

Docieram w ten sposób do wnętrza twoich chmurnych oczu, w wąski zaułek czarnego migotania, w którym pluszcze i szemrze nocny deszcz. Uśmiechnij się do mnie. Czemu patrzysz tak złowieszczo i mrocznie? Jest ranek. Przez całą noc gwiazdy krzyczały niemowlęcymi głosami, a na dachu ktoś ostrym smyczkiem dręczył i pieścił skrzypce. Patrz, słońce niczym płonący żagiel z wolna przekroczyło mur.

Czysta poezja! Albo takie urzekające odwrócenia, jak to: „Patrz, jakiś człowiek zeskoczył z dachu na drut i z rozpostartymi rękami spaceruje po nim nad rozhuśtaną ulicą, pękając ze śmiechu”. Najchętniej przepisałabym tu dla Was całą książkę! Mam ogromną nadzieję, że kiedyś uda się Wam poznać te teksty, ponieważ… potrzebujemy takich wzruszeń, takiego zachwytu nad słowami! Wszystko, co teraz piszę, każde słowo, jakiego używam, wydaje mi się teraz tak nieznośnie zwyczajne… aaaa, idę czytać raz jeszcze! Życzę Wam serdecznie jak najwięcej takiej radości z czytania, jaką ja przeżywam teraz i jaką, mam nadzieję, odrobinę się z Wami podzieliłam.

* Vladimir Nabokov, List, który nigdy nie dotarł do Rosji i inne opowiadania, przeł. M. Kłobukowski, Warszawa 2007. ISBN 978-83-7495-312-2

** Autorem przekładu opowiadania Leśne licho i większości tekstów z tomiku The Letter That Never Reached Russia and Other Stories na język polski jest Michał Kłobukowski. Dwa teksty tłumaczył Leszek Engelking.  Świetna robota, prawda?

Co się czyta?

Witam! Chcę Wam powiedzieć, co czytam. Aktualnie nie rozstaję się z tomem opowiadań Nabokova (ze zbioru List, który nigdy nie dotarł do Rosji i inne opowiadania), i za chwilę napiszę coś o nich (a jest o czym pisać, o tak!). A dalej? Na przeczytanie czekają:

Opowieść się rozpoczyna Amosa Oz

Okrążanie ciszy Agnieszki Górskiej

Księżyc i miedziak Williama Somerset Maughama (ponieważ nie udało mi się dotąd zdobyć Malowanego welonu, a bardzo chcę poznać twórczość tego pana)

Prestiż Christophera Priesta

Listy do rodziny Witolda Gombrowicza

Pamiątkowe rupiecie, czyli biografia Wisławy Szymborskiej autorstwa Joanny Szczęsnej i Anny Bikont

Włoskie szpilki Magdaleny Tulli

zbiór bajek różnego pochodzenia Bajkowa mozaika

„Nie wszystek umrę. Nie! Duch w lutnię wklęty…”

Olśniła mnie dziś pewna myśl. Często słyszymy, że literatura unieśmiertelnia – ba, zauważył to już Horacy. Oczywiście trudno zaprzeczyć, że jeśli „Słowacki wielkim poetą był”, to się o nim pamięta i pisze, więc pamięć o poecie nie umiera. Zwróciłam jednak uwagę na pewne… zjawisko językowe. To taka  maleńka ciekawostka i nie ma raczej wartości naukowej czy filozoficznej, jednak chciałabym napisać o niej kilka słów.

Otóż, czy zauważyliście kiedyś, jak często, mówiąc o twórczości jakiegoś – nieżyjącego już z całą pewnością – literata, używamy konstrukcji czasu teraźniejszego? Mówimy: „Mickiewicz porusza kwestię…”, „Puszkin tłumaczy…”, „Szymborska z dystansem opisuje…”; a przecież, patrząc na rzecz logicznie trzeba przyznać, że Szymborska opisała – ale teraz nie opisuje, Puszkin dawno przetłumaczył, a Mickiewicz niczego dziś nie może poruszać (prócz, rzecz jasna, serc naszych wrażliwych!). Nie będę tutaj produkowała elaboratu na wskazany temat, ani analizy gramatycznej – sformułuję tylko krótki wniosek, luźny i nieudokumentowany: słowa zapisane żyją dłużej, a wraz z nimi ich twórcy – i nawet w naszych wypowiedziach ma to potwierdzenie.

Szymborska pisze (!): Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci*. Więc pamiętajmy i czytajmy, i rozmawiajmy o literaturze – bo w ten sposób nie tylko sobie przysparzamy korzyści.

 Horacy

* Fragment wiersza Rehabilitacja.

** Aha! A tytuł „odcinka” to wers z Horacego (Oda III, 30, czyli znane wszystkim Exegi monumentum…), a dokładniej – Tuwimowe tłumaczenie przekładu Puszkina. Tuwima zawsze polecam szczególnie!

O Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach

Księga rzeczy utraconych pełna jest literackich odniesień. Wiele – większość – z nich to wariacje na temat klasycznych baśniowych fabuł, jak choćby opowieści o Jasiu u Małgosi, o Czerwonym Kapturku… Albo historia Królewny Śnieżki. Muszę jednak zaznaczyć – i proszę, pamiętajcie o tym – że poniższy fragment zupełnie nie reprezentuje wartości całej powieści. Moim zdaniem wręcz do niej nie pasuje. Jest to najzwyklejsza parodia; groteskowa, prześmiewcza i mocno, karykaturalnie zmodyfikowana w stosunku do pierwowzoru utrwalonego przez braci Grimm. Pozostałe fragmenty Księgi rzeczy utraconych nie są śmieszne, a już na pewno nie w taki sposób, jak ten. Bywają piękne, wzruszające, ponure i budzące grozę, poetyckie i turpistyczne… ale ta część opowieści jest zupełnie inna. Wydaje mi się, że można ją potraktować jako całkiem autonomiczną, dlatego przedstawiam ją tutaj prawie w całości, ale też w zupełnym oderwaniu od reszty. Oczywiście to część Księgi, zapewne tak ważna, jak pozostałe, jednak nie chciałabym, byście pomyśleli, że tak wygląda cała powieść, ponieważ to mogłoby znacząco umniejszyć jej wartość w Waszych oczach. Potraktujcie więc ten fragment jako zabawną ciekawostkę, a resztę przeczytajcie sami – i z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

 

Po drodze dowiedział się dużo o krasnoludkach. A przynajmniej tak mu się zdawało, bo nie wszystko rozumiał. Krasnoludki mówiły dużo o „metodach produkcji, które powinny należeć do robotników” i „zasadach Drugiego Kongresu Trzeciego Komitetu”, ale nie Trzeciego Kongresu Drugiego Komitetu, który zakończył się wielką kłótnią o to, kto po jego zakończeniu ma pozmywać kubki.

David miał też mgliste pojęcie, kim może być „ona”, ale uznał, że grzecznie będzie zapytać, tak na wszelki wypadek.

– Czy mieszka z wami jakaś pani? – zapytał więc Brata Numer Jeden.

Szum rozmów innych krasnoludków natychmiast ucichł.

– Niestety tak – odparł Brat Numer Jeden (…). – Wszyscy o niej słyszeli: „Oooch, królewna Śnieżka, która mieszka z krasnoludkami i zagarnęła ich dom. Nawet nie potrafili jej zabić”. O tak, wszyscy znają Królewnę Śnieżkę.

– Zabić? – zapytał David.

– Zatrute jabłko – wyjaśnił krasnoludek. – Nie udało się. Dawka była za mała.

– Myślałem, że otruła ją zła macocha – powiedział David.

– Nie czytujesz gazet? – odparł krasnoludek. – Okazało się, że zła macocha miała alibi.

– Powinniśmy byli najpierw to sprawdzić – powiedział Brat Numer Pięć. – Truła w tym czasie kogoś innego. Jedna szansa na milion, naprawdę. Po prostu pech i tyle.

Teraz to David stanął jak wryty.

– Chcesz powiedzieć, że to wy próbowaliście otruć Królewnę Śnieżkę?

– Chcieliśmy, żeby na chwilę zasnęła – wyjaśnił Brat Numer Dwa.

– Na bardzo długą chwilę – powiedział Numer Trzy.

– Ale dlaczego? – zapytał David.

– Sam zobaczysz – odparł Brat Numer Jeden. – W każdym razie, daliśmy jej jabłko: chrup, chrup, chrap, chrap, łeee, łeee, „biedna Śnieżka, będziemy-za-nią-bardo-tęsknić-ale-przecież-życie-toczy-się-dalej”. Położyliśmy ją na dużym stole, obłożyliśmy kwiatami i szlochającymi króliczkami, no wiesz, wszystko jak należy, aż tu nagle zjawia się cholerny książę i ją całuje. Nawet nie mamy księcia w okolicy. Pojawił się znikąd na zafajdanym białym koniu. Ani się obejrzeliśmy, jak zeskoczył z konia i rzucił się na Śnieżkę niczym chart na zajęczą norę. Nie mam pojęcia, co sobie wyobrażał. Kto to widział szwendać się po lesie i całować obce kobiety, które akurat śpią?

– Zboczeniec – powiedział Brat Numer Trzy. – Powinni go zamknąć.

– W każdym razie wdzięczył się na tym swoim cholernym koniu, który wyglądał jak wielki wyperfumowany ocieplacz na dzbanek z herbatą, wpakował się w nie swoje sprawy i już po chwili ona budzi się i – oooch! – wpada w paskudny nastrój. Ochrzaniła księcia, ale najpierw dała mu w zęby za to, że „sobie pozwalał”. Książę słuchał przez pięć minut, a potem zamiast się z nią ożenić, wskoczył na konia i odjechał prosto w zachód słońca. Nigdy więcej już go nie widzieliśmy. O całą tę chryję z jabłkiem oskarżyliśmy miejscową złą macochę, ale dostaliśmy nauczkę. Jeśli pragniesz kogoś niesłusznie oskarżyć, upewnij się najpierw, czy to właściwa osoba. Odbył się proces, dostaliśmy wyroki w zawieszeniu, bo doszło do prowokacji i nie było dostatecznych dowodów, ale zostaliśmy ostrzeżeni, że jeśli kiedykolwiek znowu coś się stanie Królewnie Śnieżce, dopadną nas. Nawet jeśli tylko złamie sobie paznokieć.

Towarzysz Brat Numer Jeden zacisnął na szyi wyimaginowaną pętlę, gdyby David nie zrozumiał, na czym to „dopadnięcie” ma polegać.

– Och – powiedział David. – Ale ja znam zupełnie inną historię.

– Historię! – prychnął krasnoludek. – Zaraz zaczniesz gadać o „i żyli długo i szczęśliwie”. Czy wyglądamy na szczęśliwych? Dla nas nie ma happy endu.

 

John Connolly, Księga rzeczy utraconych, przeł. K. Malita, Warszawa 2007, s. 136-139.

„The Book of Lost Things”

Księga rzeczy utraconych„Wszystko, co można sobie wyobrazić, jest prawdziwe”. Te słowa, autorstwa Pablo Picasso, obrał John Connolly za motto swojej powieści, i sądzę, że są one kwintesencją wszystkiego, co w niej opisuje.

W każdym dorosłym mieszka dziecko, którym kiedyś był. Dlatego dla dorosłych świat baśni może być niezwykle cenny, tak samo, jak dla dzieci – tyle tylko, że w pewnym wieku inaczej rozumiemy fantastykę, i niekiedy potrzebujemy innych środków wyrazu, niż te dziecięce. Baśniowość „uzupełniona” o to wszystko, czego dzieci nie powinny jeszcze poznać, co byłoby dla nich niezrozumiałe lub zbyt ciężkie do przyjęcia, a jednocześnie przypominająca o wszystkim, co kiedyś było piękne, ciekawe i ważne – taka baśniowość będzie dla czytelnika dorosłego najbardziej stosowna. I taką właśnie znajdziemy w Księdze rzeczy utraconych.

Dwa światy – rzeczywisty i fantastyczny, połączone sekretnym przejściem. Postać wyjątkowego dziecka, o wielkiej wrażliwości i jeszcze większej wyobraźni. Podróż do fantastycznej krainy, pełnej niezwykłych, czasami dziwacznych stworzeń, wśród których znajdą się dobre i złe, przewodnicy i wrogowie. Brzmi niezbyt oryginalnie, prawda? Chyba każda fabuła fantastyczna opiera się na takich podstawach – opowieść Connolly’ego także, a jednak jest to opowieść niezwykła.

David to dwunastoletni chłopiec. Nie poznajemy go, czytając o tym jak wygląda, czym lubi się zajmować, gdzie mieszka i jakie są jego relacje z rówieśnikami. Oczywiście, dowiemy się także i o tym, jednak najpierw czytamy o śmierci matki Davida. Już pierwsze zdanie tej historii brzmi: „Dawno, dawno temu – bo tak powinny się zaczynać wszystkie opowieści – żył sobie chłopiec, który stracił matkę”. Czytamy o wyniszczającej chorobie, o powolnym umieraniu tej kobiety – o tym, jak chłopiec ją utracił. I co działo się dalej.

David i jego ojciec żyją samotnie w Londynie, w świecie ogarniętym wojną – czas początku tej opowieści to rok 1939. W końcu ojciec chłopca poznaje kobietę, która w oczach chłopca ma stać się uosobieniem złej macochy – choć w rzeczywistości nie do końca pasuje do takiej roli. Wraz z nowonarodzonym, przyrodnim bratem zamieszkują w starym, wielkim domu, który – oczywiście – kryje w sobie tajemnicę. David bardzo ciężko przeżywa zachodzące zmiany, coraz bardziej odchodząc w świat imaginacji, inspirowanych wiedzą zaczerpniętą z książek. Wyobraźnia chłopca znajduje solidne oparcie w wyczytanych historiach.

Należący do Davida zbiór mitów greckich miał ten sam rozmiar i kolor co stojący obok tomik poezji i czasami przez pomyłkę zdejmował go z półki. Niektóre wiersze nie były wcale takie złe. Jeden z nich opowiadał o kimś podobnym do rycerza – z tą różnicą, że w wierszu nazywał się  „Childe” – który poszukiwał mrocznej wieży i skrywanego przez nią sekretu. Wiersz nie kończył się jak należy. Rycerz docierał do wieży i tyle. David chciał wiedzieć, co się tam znajdowało i co się stało z rycerzem, ale poeta najwyraźniej uznał, że to wcale nie jest ważne. David zaczął zastanawiać się nad ludźmi, którzy piszą wiersze. Każdy mógł się przekonać, że wiersz tak naprawdę robił się ciekawy dopiero wtedy, gdy rycerz docierał do wieży, ale w tym właśnie momencie poeta postanowił go skończyć i napisać coś innego. Może chciał później do niego wrócić i po prostu zapomniał albo nie potrafił wymyślić zamieszkującego wieżę potwora, który wywierałby odpowiednio straszliwe wrażenie. David wyobraził sobie poetę otoczonego kartkami papieru z mnóstwem pomysłów na stwory, które po kolei przekreślał.

Wilkołak.

Smok.

Naprawdę wielki smok.

Czarownica.

Naprawdę wielka czarownica.

Mała czarownica.

David próbował nadać kształt bestii czającej się w sercu wiersza, lecz nie potrafił. Było to o wiele trudniejsze, niż się wydawało, bo nic nie pasowało. Udało mu się jedynie stworzyć niejasny kształt, który czaił się w pokrytych pajęczyną zakamarkach jego wyobraźni, gdzie kryły się wszystkie rzeczy, które budziły w nim lęk w ciemności.

Dziecięcą wyobraźnię może zamieszkiwać wiele potwornych stworzeń, a materiałem, z którego powstają jest właśnie strach. Co się stanie, jeśli David będzie musiał stawić czoła swoim lękom – gdy nie będą już ukryte w „pokrytych pajęczyną zakamarkach wyobraźni”, lecz pokażą się w pełni swojego okropieństwa? Jak silny może być dwunastoletni chłopiec, i co jest w stanie ochronić, gdy pewien świat rozpada się i z każdym dniem staje się coraz dziwniejszy, coraz bardziej przerażający? I czy ten świat, nazwany przez Davida „Gdzie Indziej”, to kraina przez niego wyśniona – czy jest tam gospodarzem, czy gościem, oczekiwanym lub nieproszonym? Czy uda mu się odzyskać… rzeczy utracone?

Ktoś próbował stworzyć historię i David był jej częścią, lecz sama historia składała się z wielu innych.

Powieść Johna Connolly’ego jest skarbnicą literackich odniesień. Po pierwsze, pojawia się tu mnóstwo wątków i postaci mitycznych i baśniowych – Czerwony Kapturek, Jaś i Małgosia, krasnoludki i Królewna Śnieżka, leśniczy walczący z wilkami, myśliwy, trolle zadające podróżnym zagadki i harpie czyhające w przepaści na nieostrożnych wędrowców, rycerze i królewny… Jednak nie są to dokładne odwzorowania baśni i legend. Autor poddaje przytaczane historie przemianom, zmienia je, odwraca, tworząc intrygujące, groteskowe, a niekiedy przerażające opowieści, i powołując do życia karykatury znanych nam bohaterów. W książce znajduje się też wiele wzmianek o dziełach literatury, na przykład o zbiorach mitów, albo o wierszu z nurtu tzw. nursary rhyme, z którego pochodzi postać Garbusa, w oryginale znanego jako Crooked Man. Kolejna rzecz to skojarzenia literackie – mnie udało się doszukać między innymi wyraźnych odwołań do Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla czy do Niekończącej się historii Michaela Ende (której ekranizację zapewne wszyscy znacie). Narzuca mi się także pewne skojarzenie filmowe – z obrazem Guillermo del Toro Labirynt fauna; nie tylko ja zauważyłam tu podobieństwa. Co ciekawe – film wyprodukowano w roku 2006 – tym samym, w którym ukazało się pierwsze wydanie Księgi rzeczy utraconych. Nawiasem mówiąc, krążyły jakiś czas temu pogłoski, że książka Connolly’ego doczeka się adaptacji filmowej** – bardzo jestem ciekawa, co z tego wyniknie.

Zaskakujący może być fakt, że John Connolly*** to twórca… powieści kryminalnych, a The Book of Lost Things była – i, jak dotąd, pozostaje – jedyną jego książką tak niepodobną do pozostałych. Sam autor jest chyba zadowolony z tekstu – dla potwierdzenia przytoczę krótki fragment wywiadu z nim, w którym wypowiada się na ten temat:

I’m very proud of it. It’s probably the most personal book I’ve ever written, and there’s very little about it that I would change if I had to go back to it. I’ve also been very gratified by the responses of readers and critics to it. It’s certainly the book of mine that has prompted the most e-mails and letters. It was kind of reassuring to know that so many people responded to it in the way that I hoped they would. I think they filtered it through their own experiences of stories and reading and, in some cases, of grief and loss. I found that I wasn’t alone in viewing the world through the prism of books****.

Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się poznać tę opowieść. Dziękuję Adriannie Z., bez której, o zgrozo, mogłabym nie dowiedzieć się o istnieniu tak wspaniałej książki. Czytając Księgę rzeczy utraconych trzeba odnaleźć w sobie dziecko, ale też – być dojrzałym człowiekiem i umieć poradzić sobie ze strachem, zrozumieć wiele rzeczy smutnych i trudnych.  Zawsze jest jednak szansa, że opowieść będzie miała dobre zakończenie…

Księga rzeczy utraconych

* John Connolly, Księga rzeczy utraconych, przeł. K. Malita, Warszawa 2007. ISBN: 978-83-921512-9-6.

** Informację o planach zekranizowania Księgi rzeczy utraconych można wyczytać tutaj.

*** Więcej o pisarzu można wyczytać na jego oficjalnej stronie internetowej.

**** Dalsza część wywiadu także znajduje się na stronie Connolly’ego. Nie czuję się co prawda upoważniona do przedstawienia tłumaczenia cytowanego fragmentu, ani tym bardziej kompetentna na tyle, by przygotować je rzetelnie, jednak postaram się dokonać amatorskiej translacji na wypadek, gdyby ktoś z Was jeszcze mniej znał angielski, niż ja:

„Jestem z niej [Księgi…] bardzo dumny. To prawdopodobnie najbardziej osobista książka, jaką kiedykolwiek napisałem, i jest bardzo niewiele rzeczy, które chciałbym zmienić przy okazji powrotu do niej. Jestem także bardzo zadowolony z reakcji czytelników i krytyków. To z pewnością książka, która wywołała najwięcej maili i listów spośród wszystkich moich utworów. To dość pokrzepiające, wiedzieć, że tak wielu ludzi odpowiedziało na nią w taki sposób, na jaki miałem nadzieję. Sądzę, że przepuścili ją przez filtr własnych doświadczeń czytania i wiedzy o opowieściach oraz, w niektórych przypadkach, własnych trosk i strat. Zdałem sobie sprawę, że nie jestem sam, patrząc na świat przez pryzmat książek”.

Uśpienie nieopowiedzianych historii

Księga rzeczy utraconych

Zanim matka zachorowała, często mówiła Daviowi, że historie żyją swoim własnym życiem. Nie tak jak ludzie ani nawet jak psy czy koty. Ludzie żyli bez względu na to, czy się ich zauważało czy nie, psy natomiast zmuszały do zwracania na siebie uwagi, zwłaszcza jeśli dochodziły do wniosku, że nie czyni się tego w sposób zadowalający. Koty z kolei potrafiły doskonale udawać, że ludzie w ogóle nie istnieją, jeśli tylko im to odpowiadało, ale to już zupełnie inna sprawa.

Z historiami było inaczej – ożywały dopiero podczas opowiadania. Pozbawione ludzkiego głosu, który je czytał, lub pary otwartych szeroko oczu, śledzących ich bieg pod kocem przy świetle latarki, w naszym świecie nie miały prawa bytu. Przypominały nasiona w ptasim dziobie, które tylko czekają, by opaść na ziemię, lub nuty piosenki zapisane na pięciolinii, tęskniące do instrumentu, który je ożywi. Leżały uśpione w nadziei, że uda im się zaistnieć. Z chwilą, gdy ktoś zaczynał je czytać, mogły zacząć się zmieniać. Mogły zakiełkować w wyobraźni i przeobrazić czytelnika. Historie pragną, by je czytano (…). Chcą, byśmy obdarzyli je życiem.

John Connoly, Księga rzeczy utraconych, przeł. K. Malita, Warszawa 2007, s. 9.

„Dom z papieru”

Czym są dla Was książki? Jak duży mają wpływ na Wasze życie – na Waszą przestrzeń, na myśli, na uczucia? Jak je traktujecie? Dla niektórych ludzi książka to świętość, obiekt troski i inwestycji. Dla innych – to narzędzie pracy lub rozrywki. Jedni czytają, bo muszą, dla innych to jedna z podstawowych funkcji życiowych. Ktoś lubi książki zadbane, nienaruszone zębem czasu ani śladami użytkowania; ktoś inny uznaje zapiski na marginesach i kleksy kawy zdobiące pozaginane strony za znaki życia, za świadectwo jakości dzieła i dowód zainteresowania czytelnika. Różne są relacje książek i ludzi czytających, jednak z pewnością nie można pozostać obojętnym wobec czytanych książek. Jest pewna grupa ludzi, którzy spędzają życie na zdobywaniu, gromadzeniu i poznawaniu kolejnych dzieł… Czy jesteśmy bibliofilami, czy nie, należy mieć na uwadze pewną prawdę, której osobiście nie waham się uznać za aksjomat: „książki zmieniają los ludzi”.

Pewnego popołudnia (…) wyjaśnił mi, ile pracy wkłada w to, żeby nie zestawić na tej samej półce dwóch autorów skłóconych ze sobą. Na przykład nie ośmielał się umieścić książki Borgesa obok książki Garcii Lorki, którego Argentyńczyk określił jako „zawodowego Andaluzyjczyka”. Podobnie dzieła Szekspira obok dzieła Marlowe’a ze względu na ich wzajemne oskarżenia o plagiat, chociaż to mu kazało ignorować numery seryjne kolekcji. Nie mógł też, oczywiście, postawić książki Martina Amisa obok książki Juliana Barnesa, jako że ci dwaj przyjaciele z czasem się poróżnili, ani umieścić Vargasa Llosy obok Garcii Marqueza. Ze smutkiem zdałem sobie sprawę, że mój przyjaciel cierpi na zaburzenia umysłowe. Powiedział mi, że pracuje nad systemem liczb fraktalnych, wystarczająco otwartym, by pozwolić na układanie książek zgodnie z kryteriami dynamicznymi (…), bo w gruncie rzeczy nie ma nic tak zmiennego jak oceny literackie. Toteż gdy znajdował rozsądne powody, by wyrwać jakieś dzieło z zapomnienia, lub wykrywał nowe związki z innymi tekstami, zmieniał jego położenie na regałach (…). Oczywiście czym innym było odnaleźć książki, a czym innym umieścić je razem lub oddzielnie. Ale upierał się, że książki podobne powinny być zgrupowane według innych kryteriów niż banalny podział tematyczny.

Dom z papieru* to opowiadanie Carlosa Maríi Domíngueza. Jest piękne. Na tym stwierdzeniu poprzestanę, jeśli chodzi o ocenę, ponieważ czasami nie wypada mówić zbyt wiele. Jonathan Culler twierdził, że „celem [literatury rozumianej jako przedmiot estetyczny] jest samo dzieło sztuki, przyjemność, jaką się w nim znajduje, bądź przyjemność, jaką wywołuje (…)**”. Niezależnie od niewątpliwych walorów merytorycznych utworu Domíngueza, od całego bogactwa literackich odniesień***, obecnych w tekście i od przesłania, jakie czytelnik może odkrywać w czasie lektury, według mnie to dzieło jest po prostu piękne, zarówno od strony formalnej, jak i treściowej. Jest to mądra, rozczulająca opowieść, ubrana w cudowny, pełen harmonii i spokoju styl, wyrażona inteligentnym, lecz ani trochę nie ciężkim językiem… Podczas lektury jednocześnie zastanawiałam się wciąż, co będzie dalej – i ociągałam z przewracaniem kolejnych stron, by nie zakończyć zbyt szybko przyjemności samego czytania. Niczego mi tu nie brakuje, niczego nie jest zbyt dużo. Jest to książka, dzięki której odkrywa się piękno.

Często jest mi trudniej pozbyć się jakiejś książki niż zdobyć nową. Tomy przylepiają się do półek w tym pakcie konieczności i zapomnienia, jakby były świadkami pewnej chwili w naszym życiu, do której nie powrócimy. Ale podczas gdy tam nadal są, uważamy je za część nas samych. Nieraz spostrzegłem, że ludzie odnotowują dzień, miesiąc i rok, kiedy czytali jakąś książkę; budują coś w rodzaju sekretnego kalendarza. Inni piszą swoje nazwisko na pierwszej stronie, zanim komuś książkę pożyczą, zapisują w kalendarzyku, komu ją pożyczyli, i dodają datę. Widziałem tomy stemplowane, jak w bibliotekach publicznych, albo z wizytówką właściciela, wsuniętą dyskretnie między strony. Nikt nie chce stracić książki. Wolimy zgubić pierścionek, zegarek czy parasol niż książkę, której już nie będziemy czytali, ale która zachowuje, w samym brzmieniu tytułu, jakąś dawną i być może utraconą emocję.

„Wiosną 1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód”. Prosty, lakoniczny wstęp. A później intrygująca i wzruszająca historia, która w moim odczuciu nie jest jednak elementem dominującym tego utworu… Właściwie – nie ma elementu dominującego; wszystko – język, przemyślenia narratora, długie dygresje o literaturze,  i ta subtelna fabuła – wszystko to tworzy spójny, doskonale zrównoważony traktat o świecie bibliotek i bibliofilów, o człowieku-czytelniku… Bluma Lennon umarła, nie zdążywszy zakończyć wszystkich swoich spraw. Czy zabiła ją literatura? Można by formułować niemało odpowiedzi, i wiele takich odpowiedzi powstało, jednak nie to jest ważne – choć, właściwie, wszystko jest ważne. Bluma umarła, nie dowiadując się, że człowiek, którego poprosiła o przysługę, ową przysługę spełnił, i nie dowiadując się także, jak dramatyczna stoi za tym historia. Wy możecie się tego dowiedzieć, jednak nie ode mnie, ja nie zamierzam mówić zbyt wiele – nie śmiałabym opowiadać czegokolwiek, upraszczając, zmieniając choćby słowo. Dlatego przytoczę jedynie kilka fragmentów, i mam nadzieję, że wielu z Was odkryje tę książkę ze wszystkimi jej zaletami.

Postarał się o miejscowego murarza, jednego z tych bezrobotnych, co to umieją budować z drewna i cementu, wstawić okno czy położyć trzcinowy dach powiązany drutem, wbijać gwoździe grube jak palec (…), z nigdy nie przewidzianym rezultatem. To ludzie, którzy nie zadają pytań i dopóki się im płaci, robią, co się każe, byle jak, bo nie oni będą tam mieszkać. Carlos kazał murarzowi z Rochy zbić na piasku futryny do okien i dwojga drzwi i zbudować kamienny kominek. Kiedy kominek już stał, a ramy okien i drzwi były ukończone, polecił wylać cementową posadzkę. I na tej posadzce… jak pan rozumie, samo wspomnienie o tym przepełnia mnie zgrozą… kazał przekształcić swoje książki w cegły. Tak jak pan słyszy. Pod litościwym czy obojętnym spojrzeniem murarza, który przygotowywał zaprawę, zaczął wybierać z góry książek, wysypanych z wozu na czysty biały piasek, te, które miały go chronić przed wiatrem, deszczem i surowością zimy. Nie obchodziła go już przyjaźń czy nienawiść autorów (…).

 Dom z papieru

* Carlos María Domínguez, Dom z papieru, przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Warszawa 2007. ISBN: 978-83-247-0627-3.

** J. Culler, Co to jest literatura…, [w:] tegoż, Teoria literatury. Bardzo krótkie wprowadzenie, przeł. M. Bassaj, Warszawa 1998.

*** Najwyraźniejsze spośród literackich odwołań w tym utworze to wzmianki o twórczości Josepha Conrada – szczególnie o powieści Smuga cienia, która staje się motywem przewodnim Domu z papieru.

„Jak być nieznośnym bachorem”

Jak być nieznośnym bachoremNiekiedy w poszukiwaniu kolejnych czytelniczych ciekawostek zdarza mi się, węsząc po bibliotece, zawędrować do działu „Poradniki”. Książki w rodzaju Jak schudnąć w dwa tygodnie? lub Naucz się mówić nie! nie wzbudzają raczej mojego zainteresowania,* jednak czasem wśród nich znajdzie się jakaś niespodzianka. Tak oto w moje ręce trafiło dziełko o potwornym tytule: Jak być nieznośnym bachorem**.

Książeczka*** (naprawdę malutka) przedstawia spojrzenie na kwestię wychowania dziecka z innej niż zwyczajna (czyli rodzicielska) perspektywy. Bardzo oryginalny to punkt widzenia, bo bohaterem jest to dziecko, a dokładniej… niemowlę. Które prowadzi swego rodzaju dziennik, opisując w nim własne przeżycia i nieporadne próby rodziców, by jakoś sobie radzić z nowym… hm, wyzwaniem. Zanim podejmę próbę opisania zawartości tego „dzienniczka”, pozwolę sobie przytoczyć jego początkowy fragment. Myślę, że taki cytat wyjaśni najwięcej, i najlepiej:

Akuku, jestem. Uff, co za ulga, te dziewięć miesięcy porządnie mi dopiekło!

W czasie całego tego wypychania podejmuję decyzję: zachowam się bardzo dzielnie. Jak myślicie, co czekało mnie za to w nagrodę? Przerażone twarze, okrzyki: „Och, ono nie płacze!”, a nawet zniewagi: unoszą mnie tyłkiem do góry i częstują klapsem.

Dobra, niech mają, czego chcą: zaczynam przeraźliwie wrzeszczeć. W to mi graj (…).

Co za ludzie, nie można Im dogodzić. Jeszcze przed minutą rozpaczali, że nie płaczę. Raptem im się odmieniło, i teraz słyszę: „No cio? Dlaczego Skarbuńcio płacze? Nie płacze Skarbuńcio, nie…”. O co im właściwie chodzi?

Jak wiadomo, z czarnego humoru znani są Anglicy, nie zdziwi zatem nikogo fakt, że autor How to Be a Little Sod należy do tej szacownej nacji. Simon Brett**** to znany brytyjski pisarz, twórca powieści sensacyjnych – obok znanego już nam tytułu pojawią się w jego biografii takie, jak: Murder in the Title, Murder Unprompted, A Series of Murders, Not Dead, Only Resting, Dead Room Farce, czy The Corpse in the Court. Można się przestraszyć, prawda? Ale nie martwcie się, Jak być nieznośnym bachorem to nie drugi „Omen”. W każdym razie, nie całkiem…

Bohater książki sam określa się jako „małe ladaco”. Jego wysoce rozwinięta inteligencja (nawiasem mówiąc, zastanawia mnie pewna niekonsekwencja w tej kwestii: dziecko wie, co to jest „dekadencja” i zna teorie Freuda na temat libido, a nie zna od razu określeń takich jak „raczkowanie”, albo „ulewać”?) i niezwykła spostrzegawczość pozwalają na dość dojrzały opis poznawanej rzeczywistości, a wrodzona interesowność i spryt dają mu możliwość „siania zamętu i dręczenia otoczenia”. Doskonale zdaje sobie sprawę z nieudolności swych rodziców, przerażonych i zmęczonych nieznanymi wcześniej obowiązkami, i w sposób o tyle bezlitosny, co skuteczny wykorzystuje swoją przewagę. Stosuje zarówno szantaż uczuciowy, jak i proste zagrywki fizyczne, zachowując przy tym pozory uroczego, niewinnego i bezbronnego bobaska. Bez wątpienia to on rządzi w swoim domu!

On (…) oświadcza wspaniałomyślnie, że zajmie się mną wieczorem, a Ona niech skorzysta z „dobrze zasłużonego” odpoczynku.

Mówię wam, to było żałosne! Jeszcze bardziej histeryzował niż Ona, co chwila latał do Książki. Zupełnie jakby przystępował do rozbrajania bomby metodą korespondencyjną.

Już po trzech kwadransach, w stanie pełnej paranoi, popędził na górę, by Ją budzić, święcie przekonany, że cierpię na wszystkie choroby wymienione w indeksie.

Wydaje mi się, że w takim „odwrotnym” od zwyczajowo publikowanych przedstawieniu pierwszego roku życia dziecka tkwi ogromny potencjał. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że takie ujęcie sprawy pozwala na wykrycie niesamowitego komizmu, jaki towarzyszy pierwszym doświadczeniom niedoświadczonych rodziców. Dziecko, szczególnie niemowlę, jest – i zapewne długo (a może i na zawsze) pozostanie – istotką pełną niewiadomych. Z jednej strony taki brzdąc uczy się świata, z drugiej – świat uczy się brzdąca. Z pewnej perspektywy działania i spostrzeżenia na linii rodzice–dziecko okazują się mocno niekompatybilne. Jeśli przyjąć, że niemowlę rejestruje i interpretuje jakoś wszystkie te zachowania dorosłych, które biorą się z niewiedzy na jego temat… cóż, pewne obserwacje musiałyby budzić jego rozbawienie, mówiąc bardzo delikatnie. Brett – czy raczej jego młodociany bohater – nie jest delikatny, o nie!

Swoją drogą, to mi się właśnie nie podoba… Żartobliwy wydźwięk, owszem, świetnie. Ale są jakieś granice… A tu, chociażby słownictwo: mam nieodparte wrażenie,  że książkowe dziecko (nie znamy ani jego imienia, ani płci, więc muszę pisać tak bezosobowo) momentami mówi jak zgorzkniały, agresywny i na dodatek wulgarny malkontent: używa takich słów, jak „starzy”, „bujać”, „rozwalę”, „wkurzyło mnie” czy nawet „gnojek” i „pedalskie wdzianko”. Serio? Przecież to dziecko, mimo wszystko! Ja mam ponad dwadzieścia lat, i nie używam takich słów. Nie żebym postulowała od razu jakąś zasadę decorum, ale… tak formułowana groteskowość odstręcza mnie niestety bardzo porządnie. Za mocne to, i już. Mam szczerą nadzieję, że to wyłącznie wina tłumacza, i że w wersji oryginalnej tekst jest nieco bardziej… dziecięcy. Trochę razi mnie także brak jakiejś, szczątkowej choćby, czułości wobec rodziców… No, o Niej, czyli o mamie, niekiedy wypowiada się dziecko w sposób, powiedzmy, życzliwy – choć nadal mocno egocentrycznie. Dla mnie to za mało, wolałabym troszeczkę cieplejszą kreację bohatera. Bo jeśli pomyślę, że ludzie faktycznie nie pamiętają swoich pierwszych lat – to wolę być przekonana, że w tym wdzięcznym okresie jesteśmy wszyscy niewinni i dobrzy. Przez tę przerysowaną konwencję nieprzyjazności mam wrażenie,  że autor niezbyt lubi dzieci…  Poza tym, moja czara goryczy została porządnie wypełniona, gdy przeczytałam o stosunku tego młodego człowieka do kota. Nie będę opisywać szczegółów, a fe!

Oprócz niebanalnej treści, książeczkę zdobi całkiem sporo ilustracji. Ich autorem jest Tony Ross*****, który stworzył także grafikę do Małej Księżniczki. Muszę przyznać, że w tomiku Bretta te rysunki nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia, takie są jakieś… niedbałe, rysowane taką drżącą linią, postaci są po prostu brzydkie na większości z nich. A szkoda, bo bardzo lubię książki z obrazkami (no co!), i osobiście uważam, że przy pewnym typie literatury odpowiednie ilustracje mogą być bardzo wdzięcznym dodatkiem.

Oryginał How to Be a Little Sod opublikowano już dawno, bo w 1992 roku. Od tamtej pory zdążyło już powstać nie tylko sporo tłumaczeń, ale także kolejne części z tej serii: Little Sod’s Next Step oraz Not Another Little Sod. Cykl stał się w Wielkiej Brytanii bardzo popularny, i w końcu na jego podstawie wyprodukowano serial telewizyjny******, a także wydano wersję audio książki. W ciągu kilkunastu lat powstały też nowsze wydania (ja zdobyłam takie staruśkie, jeszcze z 1996, w miękkiej okładce). Faktycznie więc musiała się podobać.

Mimo moich kilku zastrzeżeń, książka jest całkiem interesująca. Gdyby poddano ją lekkiej „cenzurze” i uczyniono postać malucha odrobinę bardziej sympatyczną, pewnie wznosiłabym peany na cześć takiej publikacji, więc ciekawym – polecam przejrzeć! Szczególnie tym, którzy mają za sobą doświadczenia wychowawcze, sądzę, że w takim przypadku efekt humorystyczny dużo łatwiej docenić.

* Powyższe tytuły wymyśliłam roboczo, dla przykładu; jeżeli takowe książki istnieją rzeczywiście (a zapewne istnieją, i to nie pojedynczo), pragnę wyjaśnić, iż absolutnie nie miałam na celu dyskryminacji biedaczek. O gustach i potrzebach czytelniczych się nie dyskutuje.

** W tym momencie powinny zabrzmieć akordy mroczne i budzące grozę, a może nawet jakiś półsubtelny grzmot. Jednak z uwagi na brak możliwości dokładnego dostosowania takich efektów do chwili, w której każdy z Was będzie czytał akurat ten fragment, zmuszona jestem prosić o maksymalne wysilenie wyobraźni i poddanie się nastrojowi, jaki sobie samodzielnie wyrobicie. W ramach szczątkowej pomocy mogę zaoferować próbę onomatopeiczną: Tutututuuuum! Tutututuuuuum!! Jeśli ktoś potrzebuje silniejszego bodźca, polecam znaleźć w sieci jakieś złowróżbne udźwiękowienie (np. ten czteronutowy motyw początkowy z V symonii Beethovena).

*** Simon Brett, Jak być nieznośnym bachorem, przeł. Anna Mencwel, Warszawa 1996. ISBN: 83-07-02478-1.

**** Oficjalna strona internetowa autora tutaj.

***** Kilka słów o Tonym Rossie

****** Nawet na YouTube da się znaleźć odcinki, w wersji angielskiej (nie wiem, czy powstały inne). Mnie… ekhm, mnie wydają się dziwne. Więc nie mogę polecić.

Z mądrości nomów

– Nic nie rozumiem! – stwierdził. – Dziesięć minut temu twierdziłeś, że nie istnieję, a teraz normalnie ze mną rozmawiasz!

– Nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego – wyjaśnił pobłażliwie opat. – Dziesięć minut temu to było oficjalnie, teraz rozmawiamy prywatnie. Nie spodziewałeś się chyba, że pozwolę, aby wszyscy się dowiedzieli, że cały czas się myliłem?! Od pokoleń opaci zaprzeczają istnieniu jakiegokolwiek Zewnątrz, nie mogłem więc ot, tak sobie nagle stwierdzić, że się mylili. Wszyscy by pomyśleli, że zwariowałem.

– A pomyśleliby?

– Bez wątpienia. To polityka. Opaci nie mogą zbyt często zmieniać zdania. Sam się przekonasz, że najważniejszą cechą przywódcy nie jest to, czy ma rację, czy się myli, ale to, czy jest pewien swego. Inaczej ci, którymi przewodzisz, nie będą wiedzieli, co myśleć. Naturalnie, jeśli  się ma przy tym rację, to wybitnie pomaga.

Terry Pratchett, Księgi nomów, przeł. J. Kotarski, Poznań 2009, Nomów Księga Wyjścia, s. 90-91.

„Simon’s Cat”

Na dziś krótka wzmianka, trochę o książkach, ale nie tych do czytania.

Simon Tofield to angielski twórca filmów animowanych. Ma cztery koty, więc chyba trudno wątpić w jego sympatię do tych zwierząt. I pewnego dnia zaczął publikować na YouTube krótkie filmiki, przedstawiające perypetie kota. Najwidoczniej ów rysowany bohater skupia w sobie wszelkie cechy znanych Simonowi kotów, gdyż każdy filmik obrazuje esencję jakiegoś kociego przymiotu.

Animacje z serii Simon’s Cat zostały wielokrotnie doceniane: pierwszy film (Cat Man Do) zdobył nagrodę w kategorii „Najlepsza komedia” w konkursie „British Animation Awards” w 2008; drugi (Let Me In!) został nagrodzony w kategorii  „Najbardziej niesamowita animacja” w konkursie „Animae Caribe”; trzeci (TV Dinner) wyemitowano na BBC Two w programie „The Culture Show”… nagród jest dużo więcej. Podobnie jak filmików, o czym możecie się przekonać, zaglądając na stronę Simon’s Cat lub na Simonowy kanał YouTube.

W roku 2009 wydano książkę, w Polsce znaną pod tytułem Kot Simona: sam o sobie. Osobiście nie miałam jeszcze przyjemności obejrzeć powyższego dziełka; przewertowałam za to – od deski do deski i to nie raz – drugą część kotosimonowych przygód – Za płotem (Beyond the Fence). Są to całkiem pokaźne tomiki, w których znajduje się mnóstwo rysunków. Bardzo polecam zajrzeć! To wcale nie jest książeczka dla dzieci… cóż, w każdym razie – nie tylko.

Na oficjalnej stronie Simon’s Cat możemy wyczytać:

Każdy zna takiego kota, jak Kot Simona.

Istnieje przekonanie, że kot zawsze spada na cztery łapy. Nie dotyczy to jednak Kota Simona. Jego upadki bolą. Pokutuje także sad, ze kot porusza się bezszelestnie… Być może ten bez nadwagi. Przysłowiowa jest tez kocia zwinność. Kotu Simona bliżej jednak do słonia w składzie porcelany. Słuszność twierdzeń o zabawie w kotka i myszkę oraz o życiu jak pies z kotem wydaje się być całkowicie potwierdzona. Przynajmniej w przypadku tego kota. Niepodważalny jest też fakt, że właściciel kota zajmuje się głównie dostarczaniem mu jedzenia, pieszczot i udostępnianiem łóżka. Pozostałe rozrywki – darcie zasłon czy fotela, zostawianie kłaków w każdym miejscu, wywracanie kuwety, leżenie na świeżo upranej bieliźnie, polowanie – kot zapewnia sobie sam. Pewne jest również to, że od przebywania z kotem (Simona) można dostać… kota.

Dorota ma jelito

Tego właśnie popołudnia opierający się wszystkimi nogami i rękami chłopczyna został przez starszą panią posadzony do karnego pisania. Kipiąc oburzeniem, dziecko musiało ulec przemocy.

– Dorota ma palto – dyktowała ciotka Lila, wyglądając jednocześnie przez okno na tyły swego domostwa, gdzie pojemniki ze śmieciami, których MPO nie opróżniało już trzeci tydzień, zanieczyszczały wydatnie środowisko i atmosferę. – Dorota ma palto. Napisałeś?

Tomcio wydał dźwięk potakujący i podrapał się długopisem po policzku, znacząc przy tym niebieską krechę na jego różowej okrągłości.

– Pokaż – ciotka Lila podeszła do stołu. Ujrzała nierówne kulfony formujące się w zdanie: „Dorota ma jelito”. – Tomasz! Jakie znów jelito?!

– Grube – mruknął syn chirurga.

– Dlaczego nie piszesz tego, co ci dyktuję?

– Bo ciocia sama mówiła, że nieważne, co się pisze, tylko jak.

– Bzdury! Nie mogłam mówić czegoś podobnego – obruszyła się starsza pani.  – Dorota ma palto, palto, rozumiesz? A wiesz, dlaczego: ma palto, a nie: ma jelito?

– Bo idzie jesień – odparł Tomcio ze zniechęceniem.

W ciągu dwóch miesięcy nauki szkolnej przekonał się, że ilekroć go pytano o przyczynę jakiegoś zjawiska, zawsze miała ona związek z nadejściem jesieni. Tym razem jednak nie trafił.

– Co ma jesień do tego? – zdziwiła się ciotka Lila. – Dorota dlatego ma palto, żebyś ty się nauczył pisać. Proszę: Dorota ma palto. To palto inki.

– Ja nie rozumiem – zirytował się Tomcio. – Wspólne mają czy co?

– Ty nie filozofuj, ty pisz. Nie ważne, co się pisze, ważne jak.

– A widzi ciocia?

– Tomasz, ja z tobą oszaleję! – ciotka Lila została przyłapana gorącym uczynku i to ją zirytowało. – Powtarzam, nie zadawaj głupich pytań, tylko pisz: Dorota ma jelito.

– Palto ma…

– Znów przekręcasz! Milcz! I pisz! Dorota ma jelito. To jelito Inki. Napisałeś? Czego się śmiejesz?

Małgorzata Musierowicz, Kłamczucha, Łódź 2008, s. 148-149.

Jak zejść z latającego balonika

– Zdaje mi się, że ja chyba zejdę na dół. A co ty o tym myślisz?

– Ale jak?! – zapytałeś.

Kubuś Puchatek nie pomyślał o tym. Gdyby wypuścił sznurek z łapki, zleciałby na ziemię, a to mu się nie bardzo uśmiechało. Myślał więc dość długo, wreszcie powiedział:

– Krzysiu, musisz strzelić w balonik. Czy masz z sobą fuzję?

– Ma się rozumieć – odpowiedziałeś. – Ale jeśli to zrobię, balonik będzie do niczego (…).

– Tak, ale jeśli tego nie zrobisz – rzekł Puchatek – ja będę do niczego.

A. A. Milne, Kubuś Puchatek, tłum. I. Tuwim, s. 23, Warszawa 2006.

„Winnie-the-Pooh”

Któż z nas nie zna Kubusia Puchatka? Pewnie trudno byłoby dziś znaleźć tak nieobytego osobnika, Kubuś Puchatek* należy przecież do najściślejszego kanonu literatury dla dzieci… Ale, ale! Kto nie CZYTAŁ Kubusia…? Sądzę, że gdybym to pytanie skierowała do jakiegoś większego audytorium i poleciła podnieść rękę na znak odpowiedzi… zgłosiłoby się z pewnością kilka osób. Nie moją rolą jest formułować statystyki, ale wydaje mi się, iż ci, którzy czytali, mogliby się nawet znaleźć w mniejszości, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę „pokolenie telewidzów”, powiększające się od kilkunastu lat w zastraszającym tempie. Duża część społeczeństwa na pewno kojarzy opowieści o sympatycznym misiu z filmem animowanym Disney’a: Przygody Kubusia Puchatka, w którym głosu użyczał zwierzakowi Jan Kociniak.

Jeśli mam choć trochę racji (właściwie w tym wypadku miło byłoby, gdyby się okazało, że tak nie jest), to chciałabym wystosować apel do wszystkich, którzy słodki okres analfabetyzmu mają już za sobą. Przeczytajcie!

A ja pokrótce opowiem, co wiem. Na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku w Londynie (no, głównie tam) żył sobie człowiek o wdzięcznym nazwisku Milne. Po studiach na Uniwersytecie Cambridge postanowił zostać pisarzem, i od tamtej pory uprawiał to niewdzięczne zajęcie, popełniając różne artykuły i otrzymując za nie marne wynagrodzenie. Po pewnym czasie rozpoczął regularną współpracę z czasopismem „Punch”, co przyniosło mu najpierw lepsze zarobki, a po siedmiu latach żonę. To znaczy, nie tak – nie miało to brzmieć tak dwuznacznie; chodzi o to, że Alan Alexander ożenił się z chrześniaczką właściciela gazety. Po I wojnie światowej (i walkach na froncie) pisarz wraca do domu i zajmuje się pisaniem oraz żoną, z czego wynika po pierwsze wysyp sukcesów literackich, a po drugie mały Christopher Robin, którego w Polsce znamy jako Krzysia. Na pierwsze urodziny pan Milne kupił synkowi pluszowego zwierzaka, i tak zaczęły się przygody Kubusia Puchatka.

Słyszeliście pewnie o kłopocie z imieniam Kubusia, który oryginalnie wcale Kubusiem nie jest. Tłumacz musi zawsze pamiętać o tym, by dostosować przekład do sposobu postrzegania świata przez użytkowników docelowego języka, a to niekiedy powoduje konieczność wprowadzenia znaczących zmian. Przed takim wyzwaniem stanęła Irena Tuwim, i wybrnęła z niego, nadając misiowi imię rodzaju męskiego. Pierwowzór naszego Puchatka, wbrew twierdzeniom niektórych, nie był kobietą. Ani nawet dziewczynką. Tytułowy Winnie-the-Pooh otrzymał po prostu „używane” imiona, i to doprowadziło do pewnych komplikacji językowych. Cząstka „Pooh” pochodzi od imienia krzysiowego łabędzia (uwiecznionego w jednym z „przedpuchatkowych” wierszy A. A. Milne’a), natomiast „Winnie” to imię ukochanego niedźwiedzia Krzysia, zamieszkującego w londyńskim ZOO**. Winnie to typowo żeńskie imię, ale Christopher Robin nalegał, by jego miś pozostał chłopcem (toteż w tekście również funkcjonuje jako chłopiec). Milne opisał swoją rozmowę z synem:

When I first heard his name, I said, just as you are going to say, „But I thought he was a boy?”
„So did I,” said Christopher Robin.
„Then you can’t call him Winnie?”
„I don’t.”
„But you said—”
„He’s Winnie-ther-Pooh. Don’t you know what ‚ther’ means?”
„Ah, yes, now I do,” I said quickly; and I hope you do too, because it is all the explanation you are going to get.

Mnie tłumaczenie Ireny Tuwim się podoba, i nie umiałabym nazywać Kubusia Puchatka inaczej niż Kubusiem Puchatkiem. Jeśli jednak wolelibyście inny przekład – istnieje nowsza wersja (z 1986 roku) autorstwa Moniki Adamczyk-Garbowskiej (profesor literatury amerykańskiej i porównawczej UMCS), która misia opatrzyła imieniem… Fredzia Phi-Phi. Mianu temu towarzyszą czasownikowe formy męskie (co wygląda mniej więcej tak: Fredzia Phi-Phi wszedł na drzewo). Podobno krytycy uznają to tłumaczenie za bardziej zgodne z oryginałem, sama nie miałam jeszcze okazji mu się przyjrzeć. I przyznam, że nawet, jeśli jest faktycznie bliższe tekstowi Milne’a, nie stanie się na pewno bliższe mojej osobie. Fredzia, hihihihi!

Jak wyglądają mieszkańcy Stumilowego Lasu wiemy dzięki panu Shepardowi, który, pracując po wojnie w redakcji czasopisma „Punch” poznał Alana Milne’a i stworzył ilustracje nie tylko do serii o pluszowym łasuchu, ale też do innych wydań tego autora. Podobno Shepard rysował, odkąd nauczył się trzymać ołówek, kontynuując pasję swego dziadka. Jego rysunki znajdziemy także w pierwszych wydaniach The Wind in the Willows Kennetha Grahame’a (czyli w O czym szumią wierzby). Obecnie zapewne lepiej znane są grafiki Stephena Slesingera, czyli te rodem z Disney’a (swoją drogą, skąd mu się wzięła ta czerwona koszulka?), jednak Ernest Shepard z pewnością stworzył najbardziej trafne wyobrażenia pluszaków Krzysia.

A pluszaki… hm, pluszaki są najróżniejsze. Postaci występujące w opowieściach o Kubusiu są bardzo wyraziste, ich wygląd i zachowania, a nawet sposób mówienia, obrazują cechy charakteru, które zapewne inaczej interpretuje się na różnych etapach czytania i w różnym wieku. W sieci znaleźć można objaśnienia „dla dorosłych”, według których zamiłowanie Puchatka do miodu reprezentuje tzw. zespół gwałtownego objadania się (ang. „binge eating disorder”), Prosiaczek cierpi na nerwicę lękową, królik to pedantyczny samotnik, a Kłapouchy ma wszelkie objawy depresji; razem tworzą więc radykalnie zdegenerowaną grupę, czego zapewne nie przewidział autor, tworząc książeczkę inspirowaną zabawkami synka (chyba, że miałoby to charakter dydaktyczny?). Czytając Kubusia… teraz, z perspektywy dorosłego człowieka, trudno mi było nie widzieć pewnych smutnych przesłanek (szczególne rozżalenie wzbudziła we mnie kreacja osiołka, który nagle stał się w moich oczach zgorzkniałym i złośliwym snobem…). Ale to w książkach dla dzieci jest najlepsze – że jako dojrzali ludzie rozgryzamy je czasami zupełnie inaczej, odchodząc interpretacją daleko od dziecięcych wizji. A Kubuś Puchatek mimo całego tego sceptycyzmu na zawsze pozostanie przede wszystkim opowieścią o wspaniałej przyjaźni i o wielkiej wadze małych rzeczy, nasyconą ciepłym humorem mądrego i kochającego rodzica.

Oto dialog Puchatka z Kłapouchym; jeden z takich prostych i pięknych fragmentów, które zapisują się na długo w myślach czytającego:

– Czy naprawdę są dziś twoje urodziny?
– Tak jest.
– Ach, więc przyjmij ode mnie najserdeczniejsze życzenia, Kłapousiu!
– Nawzajem, Kubusiu Puchatku.
– Przecież to nie m o j e urodziny.
– Nie, moje.
– Więc dlaczego powiedziałeś: „Nawzajem”?
– A czemu by nie? Chyba nie chcesz być zawsze nieszczęśliwy w dniu moich urodzin, co?

* ISBN: 978-83-10-11842-4
** tutaj możecie dowiedzieć się więcej o kwestii puchatkowego imienia

„The Unadulterated Cat”

W czasie ostatniego polowania trafiłam na całą półkę Pratchettowskich powieści z serii o Świecie Dysku. Trochę z sentymentu, a trochę z ciekawości (bo za sobą mam zaledwie cztery tytuły z tego cyklu, i możecie oskarżać mnie o konformizm, ale – zawsze byłam zachwycona tym twórcą) zaczęłam przeglądać ustawione w równym rządku kolorowe okładki. I coś mi się nie zgadzało – stał w tym szeregu egzemplarz nijak nie pasujący do reszty. Cienki, w twardej oprawie białego koloru… I, o dziwo, z wypisanym na grzbiecie nazwiskiem Pratchetta. Zaciekawiona sięgnęłam po ten ewenement, i cóż znalazłam? Wielkimi literami wymalowane słowo KOT.

I właściwie nie mogę wymienić więcej powodów, dla których rzeczone wydanie wyszło ze sklepu razem ze mną. Bo Pratchetta, bo o kotach – ot, tyle było trzeba, żeby Wiolę zachęcić. Te dwa argumenty sprawiają, że bez pytań mogę dać książce duży kredyt zaufania.

I, niestety, troszeczkę się zawiodłam. Ale nie na tyle, żeby nie przeczytać wywodów Kampanii na rzecz Prawdziwych Kotów do końca, z czego mimo początkowych narzekań bardzo się cieszę.

Kot w stanie czystym* został po raz pierwszy opublikowany w roku 1989, w Londynie. Polskie wydanie premierowe było wyjątkowo późne, bo datuje się na 10 listopada 2005; na szczęście wydawnictwo Prószyński i S-ka wznowiło nakład także w roku 2011 – inaczej może nie trafiłabym na tę pozycję. A (mimo, że znajdzie się kilka rzeczy do krytyki) byłoby szkoda.

Terry Pratchett jest bez wątpienia twórcą, któremu nie można zarzucić, że „nie umie pisać”. Umie, i to bardzo dobrze. Zawsze ceniłam zarówno jego wyobraźnię, jak i ten niebywale smakowity styl, z jego lekkością i ciągle obecnym humorem. I w przypadku Kota w stanie czystym nie poważyłabym się na stwierdzenie, że „mu nie wyszło”. Widać w tekście tego kociego poradnika naprawdę duży potencjał, znaleźć tu można wiele fragmentów budzących śmiech… ale ciągle odczuwałam jakiś niedosyt.

Znalazły się też rzeczy, które budziły we mnie dziwne rozdrażnienie. Do takich należą na pewno ilustracje. Być może nie jestem znawcą, ale rysunki Graya Jolliffe’a zupełnie nie pasowały mi do treści książki. W połączeniu z irytującą czcionką dialogów w „dymkach” (wyraziste, intensywnie czarne przy rozmytych szarościach obrazków Comic Sans?) sprawiały wrażenie uporczywie podoklejanych tu i tam (przy czym „tu i tam” oznacza: na każdej stronie). Z powodzeniem można by złożyć z nich osobną książeczkę o objętości równej połowie Kota w stanie czystym. Co ciekawe, znalazłam inne produkcje pana Jolliffe’a**, i zrobiły na mnie całkiem dobre wrażenie – po prostu nie pasują mi do tej konkretnej książki, i nie poradzę na to nic. Jakaś taka… nieadekwatność estetyki.

Tłumaczeniem The Unadulterated Cat zajął się Piotr W. Cholewa, znany także z przekładów fantastyki Pratchetta (chociażby Kapelusza pełnego nieba, którego fragmenty cytowałam już na blogu). Muszę przyznać, że na początku czepiałam się i tego, ale po kilku stronach przywykłam i właściwie sama nie wiem, co mi nie pasowało (hm, znalazłam literówkę, a to potrafi czasem postawić wszystko w złym świetle…). Koniec końców z czystym sumieniem mogę napisać, że tłumaczenie nie jest złe.

Na samą treść nie mogę i nie zamierzam narzekać. Tekst ma charakter satyry, i jest napisany w konwencji publicystyczno-naukowej, rozluźnionej dużą dozą humoru. Styl rozprawy, opartej na spostrzeżeniach członków Kampanii na rzecz Prawdziwych Kotów, sprawia, że czytelnik może się poczuć rozbawiony i zrelaksowany, nie wyrządzając przy tym żadnej szkody swym zasobom intelektualnym. Ba, w książce pojawia się wiele nawiązań naukowo-kulturowych! Jest odniesienie do słynnego ostatnimi czasy eksperymentu myślowego Schrödingera; jest wzmianka o twórczości T. S. Eliota (dzięki czemu dotarłam do zbioru poezji Old Possum’s Book of Practical Cats, który w najbliższej przyszłości zamierzam przewertować); są różnorodne nawiązania do teorii ewolucji, historii oraz chemii, fizyki i zoologii. Żeby przeczytać tę książkę świadomie, potrzeba pewnej elokwencji; jakkolwiek trudno wyglądać jak prawdziwy erudyta, mając w ręku książeczkę z obrazkami.

Dodatkowo muszę wspomnieć, że zawsze podobała mi się stosowana przez Pratchetta forma przypisów – i tu jej nie zabrakło, a do charakteru Kota w stanie czystym takie uwagi „na marginesie” pasowały doskonale. W tej książce po raz pierwszy widziałam przypis do przypisu, a także przypis do przypisu… do przypisu… genialny zabieg!

Tym, co bez wątpienia przekonuje o walorach „rzeczoznawczych”, czy raczej „kocioznawczych”, jest fakt, że autor ma kota (choć określenie „ma” nie jest chyba zbyt trafne). I pisze z perspektywy człowieka dysponującego obszerną wiedzą praktyczną oraz sporym dystansem (jeśli się nie ma dystansu w pewnych sprawach, nie ma się także kota). Co prawda wygląda na to, że Kot Prawdziwy to, mówiąc w dużym uproszczeniu, złośliwa, leniwa bestia, w jakiś dziwny sposób przystosowująca człowieka do swoich potrzeb… Jednak stosunku Pratchetta do kotów z pewnością nie można nazwać „niechęcią”. Przyjmuje on raczej postawę obserwatora, który z pewną rezygnacją, ale też z zaciekawieniem, poznaje kocie zwyczaje. I potrafi je w bardzo przyjemny sposób opisać. Wydaje mi się, że książka ta będzie przydatna osobom, które chcą dowiedzieć się czegoś o tych osobliwych stworzeniach, ale najbardziej ucieszy tych, którzy już o kotach wiedzą wiele – i będą mogli z uśmiechem pokiwać głową w czasie lektury.

Na zakończenie kilka krótkich fragmentów, na zachętę:

Chodzi o znany eksperyment myślowy Erwina Schrödingera. Wkłada się do pudełka kota i buteleczkę trucizny – wiele osób twierdzi, że to całkiem wystarczy i nic więcej nie trzeba. Potem dodaje się mały mechanizm rozbijający buteleczkę, który może – ale nie musi – ją rozbić; wszystko zależy od przypadkowych jądrowych cosiów emitowanych przez jakiś materiał radioaktywny. Ten materiał także znajduje się w pudełku – to duże pudełko. Teraz, zgodnie z fizyką kwantową, kot jest równocześnie cząstką i falą… Nie, zaraz… nieważne, czym jest, ale z powodu tych wszystkich kwantów nie jest w rzeczywistości ani żywy, ani martwy, tyle że taki i taki naraz albo żaden, dopóki obserwator nie podniesie pokrywki i aktem obserwacji nie ustali położenia kota w czasoprzestrzeni itd. Obserwator albo zobaczy kandydata do smutnego zakamarka ogrodu za szopą, albo wściekłą kulę lekko radioaktywnej nienawiści, posypaną kawałkami szkła. (…)

Tak mówi historyjka, którą można znaleźć w podręcznikach. Mniej znana jest praca zespołu naukowców, którzy nie zrozumieli, że Schrödinger mówił o „eksperymencie myślowym” (*takim, którego nie można przeprowadzić i który i tak się nie uda) – i przeprowadzili go. Pudełko, źródło radioaktywne, buteleczka z trucizną – wszystko. I kot, oczywiście.

Przeoczyli jednak pewien istotny fakt. Co prawda obserwator może nie wiedzieć, co się dzieje, ale kot w pudełku wie doskonale (…). Zachęcony do działania tą wiedzą, a prawdopodobnie też wszystkimi kwantami, fruwającymi sobie po laboratorium, kot przeskoczył za róg w czasoprzestrzeni i w stanie lekko oszołomionym został odnaleziony w kredensie u woźnego (…).

***

Poza tym kota nie można nauczyć niczego. Nie, absolutnie niczego. Może wam się wydawać, że można, ale to dlatego, że nie rozumiecie, co się naprawdę dzieje. Sądzicie, że kot posłusznie zjawia się punktualnie o dziesiątej wieczorem pod kuchennymi drzwiami na kolację. Z kociego punktu widzenia kleks na nogach został wyszkolony, żeby co wieczór wyciągać puszkę z lodówki.

***

Koty są idealnymi podróżnikami w czasie, ponieważ nie umieją posługiwać się bronią palną. Dzięki temu główne zagrożenie takich podróży – że ktoś zastrzeli własnego dziadka – staje się mało prawdopodobne. Oczywiście ktoś mógłby spróbować zostać własnym dziadkiem… Ale obserwując rodzinę kotów farmowych, możemy stwierdzić, że dla kota to całkowicie normalne zachowanie.

* ISBN: 978-83-7839-007-7

** Dużo ilustracji Graya Jolliffe’a można znaleźć tutaj – naprawdę podobały mi się o wiele bardziej bez związku z Kotem… Pratchetta. Może dlatego, że tu są kolorowe? ;-)

No i co teraz będzie?

Drodzy Bracia Czytelnicy! I Siostry Czytelniczki.

Zapewne każdy z Was ma jakieś preferencje czytaniowe. Lubimy książki różnych autorów, różnych stylów i gatunków. Byłoby świetnie, gdybyście czasami podrzucili mi jakieś propozycje: co by Was zainteresowało, co mnie może zainteresować… Za kilka dni pojawi się na blogu nowy artykuł (nie wiem, czy to określenie nie brzmi zbyt poważnie… hm, raczej felieton czytelniczy, albo coś). A co potem? Może macie jakieś pomysły? Czekam! :-)

Ja trafiłam ostatnio na kilka obiecujących pozycji – poniżej trzy z nich. Może ktoś z Was już coś o nich czytał lub słyszał? Będę wdzięczna za każdą wiadomość! W końcu w całym tym blogowaniu chodzi o to, żebyśmy sobie wzajemnie „poszerzali horyzonty”.

Do przeczytania!

W.

Groch o ścianę

Oczywiście, że wszystko to, co tu napisałem, to groch o ścianę. Ale nigdy nie należy przeceniać ściany i nie doceniać grochu.

Fragment jednego z listów K. I. Gałczyńskiego, [w:] Kira Gałczyńska, Splątało się, zmierzchło, Warszawa 1995, s. 15.

Szaleństwo

A może była to choroba duszy i nie miała nic wspólnego ze zwykłym, pospolitym szaleństwem?

Paweł Huelle, Opowiadania na czas przeprowadzki, Kraków 2007, s. 158.

„La Gloire de mon père; Le Château de ma mère”

Chwała mojego ojca OKŁKiedyś, dość już dawno temu, znalazłam w miejskiej biblioteczce egzemplarz książki pod tytułem Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki*. I zabrałam go do domu. Chęć poznania zawartości tego tomiszcza (które ma ponad czterysta stron, a takie rozmiary niekiedy mogą zniechęcić nawet odważnego mola) nie wynikała w moim przypadku ze znajomości innych dzieł autora. Powodem nie był także krótki komentarz zamieszczony na tylnej okładce, choć trzeba przyznać, że brzmiał on nad wyraz zachęcająco. Nie mogę nawet powiedzieć, że do przeczytania Wspomnień z dzieciństwa francuskiego dramaturga skłoniło mnie przewertowanie kilku stron, choć zazwyczaj stosuję taką właśnie metodę selekcji nabytków biblioteczno-księgarnianych. O konieczności wczytania się w książkę Pagnola przesądził fakt, iż jej okładkę zdobiła ilustracja Jeana Jacquesa Sempégo. Książka francuskiego twórcy, rysunki Sempégo i postać małego chłopca… Sądzę, że żaden entuzjasta Mikołajka nie przeszedłby obok tego obojętnie. Nie powinien przejść.

Mimo wszystko nie patrzyłam na tekst Wspomnień przez pryzmat uwielbienia dla serii Ren Goscinny’ego. Nawet gdybym chciała, trudno byłoby mi dokonać jakiegoś porównania, ponieważ… cóż, mimo wielu podobieństw, historia Marcela Pagnola jest jedyna w swoim rodzaju. Wydaje mi się, że duże znaczenie ma tutaj coś, o czym napisał w Przedmowie sam autor:

Bardzo trudno jest mówić o sobie. Łatwo uwierzymy w całe zło, które jakiś autor powie o sobie, lecz w dobre rzeczy uwierzymy tylko, kiedy mamy dowody w ręku. W dodatku będziemy żałować, że autor nie pozostawił tej pracy innym.

W tych Wspomnieniach nie będę mówił o sobie ani źle, ani dobrze, ponieważ to nie o mnie będę mówił, ale o dziecku, którym już nie jestem. Znałem niegdyś tę małą postać; rozpłynęła się w czasie, jak wróble, które znikają, nie pozostawiając szkieletu. Zresztą owo dziecko nie jest tematem tej książki, lecz świadkiem bardzo błahych zdarzeń.

Jednak to ja będę redagował jego powieść. Nie byłoby rozsądne przed sześćdziesiątką zmieniać zawód.

Niewiele mogę dodać. Pagnol zapisał swój cykl wspomnień, będąc już dojrzałym twórcą  i dojrzałym człowiekiem. Połączył pamięć dziecięcej perspektywy ze świadomością dorosłego mężczyzny i z umiejętnościami doskonałego literata. Wspomnienia były jego debiutem prozatorskim, dzięki czemu styl jest świeży i pozbawiony nadmiaru „pewności pióra”. Lekkość opowieści ma źródło także w dużej dozie ciepłego humoru, obecnego w narracji i w dialogach. Technicznie tekst jest bez wątpienia napisany dobrze, ale także bardzo naturalnie, bez trudu oddając swobodę wypowiedzi bystrego, sympatycznego chłopca. Niestety nie znam francuskiego na tyle dobrze, by przeczytać tekst oryginalny, wydaje się jednak, że tłumaczenia Pawła Prokopa (pierwsza część, czyli Chwała mojego ojca) i Małgorzaty Paszke (część druga, Zamek mojej matki) zostały przygotowane naprawdę profesjonalnie.

Marcel Pagnol pisze o swoich wspomnieniach: „Jest to świadectwo epoki, która już minęła, i mały hymn o miłości synowskiej, która być może będzie dziś uchodzić za wielką nowość”. Być może trzeba stać się dojrzałym człowiekiem, by z taką prostotą mówić o swoich uczuciach do rodziców. I może trzeba być dzieckiem, żeby umieć tak prosto jak mały Marcel okazywać te uczucia. Połączenie tych dwu zdolności tworzy wzruszający opis małych i wielkich oznak miłości i przyjaźni. Oprócz oczywistych walorów literackich, ta książka pokazuje czytelnikowi coś o wiele bardziej wartościowego… Co to jest może osądzić każdy czytelnik na własny rachunek, ja wolałabym nie zamykać tego w słowach. Nie umiem, albo… hm, właśnie tak. Nie umiem.

Jak wiemy – choć nie docenia się tego zazwyczaj – dzieci patrzą na świat w niebywale mądry sposób. Są spostrzegawcze w tak wielkim stopniu, że nierzadko dorośli nie są w stanie pojąć ich perspektywy; sądzę, że podobną wrażliwość świata ma tylko jedna grupa ludzi dojrzałych – literaci (nie wszyscy, oczywiście, nie wszyscy…). Historia Marcela, historia jego miejsc i bliskich mu osób, to nie zwyczajna gawęda o przygodach jakiegoś chłopca. Następuje w niej pewnego rodzaju mitologizacja rzeczywistości dzieciństwa; nie mam tu na myśli udziwniających zabiegów rodem ze Sklepów cynamonowych, ale swoiste… nadawanie wyrazistości i znaczeń zwyczajnym rzeczom i zdarzeniom.

Na koniec pozwolę sobie zacytować pewien fragment. Dobre książki mówią same za siebie, więc zamiast zachęcać i argumentować, po prostu pokażę Wam kawałek tego dzieła. Nie jest to zapewne najpiękniejszy moment tej długiej opowieści, jednak na mnie zrobił ogromne wrażenie i gdybym miała wybrać z całej książki jedną „ulubioną” scenę , byłaby to właśnie ta. Słowem wstępu: Marcel ma przyjaciela, z którym łączy go naprawdę wielka sympatia; przyjaciel ów – a na imię mu Lili – mieszka na wsi La Bellons „za Lavalentine”, gdzie nasz narrator spędzał wakacje. Będąc już w mieście, Marcel otrzymuje list od Lili, zapisany na trzech kartkach ze szkolnego zeszytu, wielkimi literami, „których koślawe linie lawirowały pomiędzy kleksami”. W przeciwieństwie do swego kolegi, Marcel ma wybitne zdolności pisarskie, wobec czego przygotowuje dla niego wyrafinowaną w formie i treści odpowiedź. Oto, co dzieje się dalej:

Moja kaligrafia była staranna, a ortografia bez zarzutu, bo sprawdziłem w „Petit Larousse” słowa, co do których miałem wątpliwości. Wieczorem pokazałem swoje dzieło ojcu: kazał mi dopisać kilka końcowych „s” i skreślić niepotrzebne „t”, lecz pogratulował mi i oświadczył, że to piękny list (…).

Wieczorem w łóżku przeczytałem list od Lili i jego ortografia wydała mi się tak komiczna, że nie mogłem powstrzymać się od śmiechu… lecz nagle zdałem sobie sprawę, że wszystkie te błędy i niezręczności są owocem długich godzin pracy i wielkiego wysiłku wynikającego z przyjaźni. Wtedy wstałem po cichu, na bosaka, zapaliłem lampę naftową i zaniosłem swój własny list, zeszyt i kałamarz na stół kuchenny (…).

Zacząłem od wydarcia jednym gestem trzech kartek z zeszytu – w ten sposób uzyskałem nieregularnie poszarpane brzegi, o jakie mi chodziło. Przepisałem starym piórem mój zbyt piękny list, usunąłem dowcipne zdanie, w którym kpiłem trochę z jego niewinnego kłamstewka. Usunąłem też po drodze wszystkie ojcowskie „s”, dorzuciłem kilka błędów ortograficznych (…). Na koniec przyozdobiłem mój tekst kilkoma wielkimi literami wystawionymi w nieoczekiwanych miejscach (…). Wydawało mi się, że teraz jest dobrze. A jednak czegoś jeszcze brakowało – trzonkiem obsadki nabrałem wielką kroplę atramentu i strząsnąłem tę czarną łzę wprost na mój elegancki podpis. Rozbłysnęła jak słońce.

* ISBN: 978-83-61989-31-8

Stokrotka

Mała stokrotka czuła się szczęśliwa, jak gdyby to było wielkie święto, a przecież był tylko poniedziałek […]; tkwiła na zielonej łodydze i […] uczyła się od ciepłego słońca i od wszystkiego, co ją otaczało, jaki Bóg jest dobry. Myślała o tym, jak pięknie wyśpiewuje skowronek to, co czuje w ciszy, i patrzyła z pewnego rodzaju czcią i podziwem na szczęśliwego ptaszka, który umie śpiewać i fruwać; ale nie martwiła się tym, że sama tak nie potrafi: „Widzę i słyszę! – myślała – Słońce mnie grzeje i wiatr mnie całuje. Ach, obficie mnie obdarowano”.

Hans Christian Andersen, Stokrotka